Wywiad z Mariuszem Migałką (Circle of Bards, Mr.Hyde)

Na początek dowód na to, że ciekawych artystów nie trzeba szukać bardzo daleko. Moim pierwszym rozmówcą jest Mariusz Migałka – człowiek, który z jednej strony wskrzesza tradycję bardów, pieśni o smokach, rycerzach i wyprawach drakkarów, a z drugiej nie stroni od mocnego rockowego grania. W rozmowie m. in. o zmianach w Circle of Bards, mierzeniu się z potworami rynku muzycznego, zagranicznych fanach i piosenkach z „Hobbita” Petera Jacksona. (fot. Edyta Migałka)

1524924_695642057135422_20072132_n

Remote Talk: Co oznacza dla Ciebie bycie bardem i kto jest dla ciebie współcześnie takim bardem?

Mariusz Migałka: Słowo „bard” miało dla mnie zawsze bardzo romantyczne konotacje, sięgające w odległą przeszłość. Nieodmiennie kojarzy mi się ono z najszczerszym rodzajem muzykowania i z najbardziej intymną formą kontaktu z publicznością. Bard jest w moim wyobrażeniu rodzajem samotnika. Kimś, kto ma coś intrygującego do przekazania innym. Kto potrafi porwać słuchaczy swoją opowieścią, zmusić do zadumy – nawet w pojedynkę. W muzyce, którą tworzę – bez względu na to dla jakiego zespołu – pierwiastek samotności jest zawsze obecny. Komponuję swoje piosenki właśnie w ten intymny sposób – tylko ja i gitara. Taki rodzaj pracy pozwala mi potem zagrać każdy utwór choćby wyłącznie przy akompaniamencie jednego instrumentu. Sądzę, że mam coś interesującego do powiedzenia, w dodatku przy pomocy ciekawych środków – dlatego uważam się za barda. Kto dziś dla mnie jest bardem? Cóż, świat się nieco zmienił – zmienili się i bardowie, jednak potrzeby pozostały te same – wciąż szukamy przewodników, odpowiedzi na odwieczne pytania lub po prostu dobrych historii. W pewnym sensie każdy artysta jest bardem. Oczywiście, o ile jego twórczość przedstawia jakąś wartość.

Take a feather and be a poet
Pamiętasz kiedy pierwszy raz wziąłeś pióro do ręki, napisałeś coś i stwierdziłeś: „Mogę pokazać to ludziom”?

Ufff… trudne pytanie. Wydaje mi się jednak, że nigdy nie nastąpiło to w tak trywialnej formie: „oto stworzyłem dzieło warte czci, pokażmy je światu”. Odbyło się to dość normalnie i na szczęście zajęło wiele lat. Każdy muzyk ma swoje muzyczne przedszkole. Ja również zaczynałem bardzo wcześnie, lecz pierwsze autorskie kompozycje nie były mistrzostwem świata i, Bogu dzięki, przepadły w odmętach przeszłości. Nie przeszkodziło mi to jednak w braniu udziału w konkursach i przeglądach. Zatem szukanie audytorium okazało się czymś naturalnym – od samego początku przypisanym tworzeniu. Chyba każdy artysta szuka swojego odbiorcy, jednak to, czy twórczość warta jest poklasku to już zupełnie inna sprawa.
Dodam tylko, że swoje własne utwory zacząłem komponować ok. 1997 roku, a demo mojego licealnego zespołu Sham-rock – choć po latach naiwne i niedoskonałe – uważam za pierwsze warte uwagi.

The song will remain
Które ze współczesnych utworów chciałbyś szczególnie zachować? Wyobraź sobie, że mógłbyś na przykład nagrać płytę z utworami, które chciałbyś zostawić dla potomnych. Co by się na niej znalazło? Żeby ułatwić Ci zadanie, załóżmy, że to płyta CD.

Hmm… Jeśli masz na myśli moją własną twórczość, to oczywiście chciałbym, by album „Tales” przetrwał próbę czasu i stał się czymś wyjątkowym. Jestem także ogromnie dumny z ostatnich dokonań Mr. Hyde – mam na myśli EP „A New Direction”, w którą włożyliśmy masę wysiłku i którą wysoko podnieśliśmy sobie poprzeczkę. Te nagrania wymagały ogromnej odwagi, gdyż odcinają nas niejako od starego stylu zespołu. Na tym mini-albumie znajdziesz kawał naprawdę dobrej muzyki zasługującej na uwagę. Kontynuując te rozważania, mam zbyt wiele nowych piosenek, które chciałbym zaprezentować, by skupiać się wyłącznie na starych. Chyba wielu artystów tak ma. Nieustannie tworzysz coś nowego i właśnie to chcesz pokazać, bo to jest dla ciebie najlepsze w tej chwili. Ze mną jest podobnie, dlatego na mój album dla potomnych trafiłyby pewnie najświeższe rzeczy, gdyż prezentują mój obecny stan umysłu. Jak to mówią: „dziś jesteś mądrzejszy o wczoraj”.

A jeśli chodzi o utwory innych artystów?

Cóż… sporo tego jest. Gdybym miał wskazać kilka utworów, które według mnie warto zakopać w kapsule czasu, byłyby to m.in. „The Bard’s Song” i „A Past And Future Secret” Blind Guardian, „The Mummer’s Dance”, „The Mystic’s Dream”, „Beneath A Phrygian Sky”, „Santiago” Lorenny McKennit (zresztą prawie cała jej dyskografia), „Ghost Of A Rose” Blackmore’s Night, masę rzeczy Clannad z „Robin (The Hooded Man)” na czele, poza tym wiele rockowych rzeczy, które trudno byłoby tu wymienić. Wspomnę tylko o „Tears Of The Dragon” Bruce’a Dickinsona, moim ukochanym „Out To Every Nation” Jorna czy nieśmiertelnym „Holy Diver” Dio. Nie sposób ograniczyć się do jednego gatunku czy artysty. Myślę, że moja lista byłaby krzywdząca dla niektórych z nich – lista utworów wszechczasów powinna być bardzo długa. Poza tym ciągle odkrywam coś nowego.

Circle of Bards
Wyobraź sobie, że możesz zasiąść przy ognisku wspólnie z innymi bardami, twórcami tego rodzaju muzyki, jaką wykonuje Circle of Bards. Kto znalazłby się w takim kręgu bardów?

Przede wszystkim ci, którzy nie pogardzą porządnym łykiem piwa, he he… A tak poważnie. Obawiam się, że nie miałbym dość odwagi i umiejętności, by wprosić się do takiego towarzystwa jako muzyk, ale chętnie zobaczyłbym ów dream team. Miło byłoby posłuchać jak grają ze sobą tacy artyści jak Ronnie James Dio snujący swoją balladę o smokach lub Bruce Dickinson opiewający Jeruzalem przy akompaniamencie Clannad.

Fight the dragons inside us…
Jakie według Ciebie są najbardziej niebezpieczne potwory, którym musi stawić czoła początkujący artysta, muzyk?

Jest ich aż nazbyt wiele, by wymienić wszystkie. Początkujący artysta musi zmierzyć się przede wszystkim z samym sobą – musi zrozumieć ile samozaparcia i siły potrzebuje, by robić to co kocha. Nic nie przychodzi łatwo, a jeden sukces nie zawsze poprzedza kolejny. Poza tym tzw. show business nie stwarza zbyt przyjaznego środowiska dla artystów. A największy demon całej branży? Jeśli chcesz pozostać sobą, robić to, co naprawdę chcesz, grać muzykę, która tkwi w twoim sercu – musisz zmierzyć się często z odrzuceniem, z krytyką i brakiem zrozumienia. Osobiście uważam, że jeśli to, co robisz jest naprawdę wartościowe, powinieneś to robić bez względu na okoliczności i opinie. Zwłaszcza te ostatnie mogą być demotywujące – często nieuzasadnione, wypełnione jadem – to chyba najgorszy rodzaj “potworów”.

Teraz pewnie większość słuchaczy kojarzy Cię z Circle of Bards, ale przecież na „Bardach” nie zaczyna ani nie kończy się Twoja działalność. Czy mógłbyś przypomnieć, specjalnie dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z Twoją muzyką, w jakich zespołach występowałeś do tej pory? Czy możesz w kilku słowach powiedzieć też, co dały Ci poszczególne grupy, w których działałeś albo działasz?

Moja przygoda z muzyką zaczęła się ok. 1996 roku, ale to właśnie Circle of Bards stało się dla mnie punktem zwrotnym. Zanim jednak powstała sama idea tego zespołu, po drodze było kilka innych. Wymienię wspomniany Sham-rock, z którym w 1999 roku nagrałem pierwsze autorskie kompozycje. W 2004 dołączyłem do lubelskiej grupy Solveig, która została przemianowana na Mr.Hyde i pod tą nazwą działa do dziś. Do niedawna występowałem w lubelskim Acute Mind. Poza tym brałem udział w różnych przedsięwzięciach muzycznych, jak choćby zaśpiewanie utworu “W drodze”, który został nagrany w ramach programu pomocy uchodźcom organizowanego przez Centrum Wolontariatu. Do piosenki powstał teledysk z moim udziałem. Pojawiłem się także gościnnie na albumie “Oratorium o mieście Lublinie” obok takich artystów jak Krzysztof Cugowski czy Magda Welc, gdzie zaśpiewałem w utworze “Bernardyni”.

Nie tylko śpiewasz, piszesz, tworzysz muzykę. Jesteś też grafikiem. Czy jest ktoś lub coś, co inspiruje Cię w twórczości graficznej?

Posiadam wykształcenie filologiczne, a przy tym jestem ogromnym fanem literatury fantasy oraz s-f. Jeśli mogę powiedzieć, że coś mnie inspiruje, to właśnie to. Jestem fanem twórców okładek płyt, jak choćby Felipe Machado Franco, Andreas Marschal czy Paul Gregory. Sam jestem autorem kilku okładek i nie ukrywam, że ten rodzaj pracy grafika interesuje mnie najbardziej. Poza tym inspirują mnie rożne rzeczy, jak choćby okładki książek, wspomnianych płyt czy też filmy. Od lat jestem również maniakiem komiksu – wychowałem się na kresce Janusza Christy, Grzegorza Rosińskiego czy Papcia Chmiela. W tej kwestii jestem sentymentalny.

Czy odkryłeś ostatnio jakiegoś ciekawego artystę, rysownika, którego prace możesz polecić?

Przyznam się, że moim ostatnim odkryciem jest Salvador Dali – jak widać, nigdy nie jest za późno, by pogrzebać w przeszłości. Dla mnie jego dzieła są świeże i nowe. Polecam każdemu, kto ich jeszcze nie odkrył.

Wracając do Circle of Bards – z tego, co wiem, w zespole nastąpiły zmiany. Czy możesz powiedzieć coś więcej na ten temat? Jak w tej chwili wygląda skład?

Chwilowo Circle of Bards działa jako duet w składzie Mariusz Migałka i Jakub Kotynia. Geneza takiej sytuacji jest długa i zawiła. Grając dość przypadkowy koncert podczas tegorocznej WOŚP mieliśmy niesamowitą frajdę i odkryliśmy ogromny potencjał takiej formy występowania na żywo. Dwuosobowy zespół wokalno-instrumentalny, niesamowita atmosfera i przede wszystkim dobra zabawa. Zostaliśmy bardzo gorąco przyjęcie i obsypani propozycjami koncertów w takim składzie. Postanowiliśmy zaryzykować. Oczywiście nie wykluczam powrotu CoB w liczniejszym wydaniu. Obecnie czerpiemy radość z tego bardzo kameralnego wcielenia grupy i chcemy wykorzystać ów potencjał do maksimum.

1654442_707421879290773_270679342_n

W jednym z wywiadów udzielonych przy okazji wydania płyty „Tales” wspominałeś, że chciałbyś, aby na kolejnej płycie znalazło się więcej utworów po polsku (przypomnijmy, że na „Tales” dominował angielski). Czy podtrzymujesz to postanowienie? Możesz uchylić trochę rąbka tajemnicy i zdradzić, czego możemy się spodziewać na kolejnej płycie, kiedy już wyjdzie?

Jak najbardziej podtrzymuję to stanowisko. W sumie mam w szufladzie kilkanaście kompozycji, z czego część przeznaczona jest na kolejny album CoB. Na tę chwilę mogę powiedzieć, że połowa z nich jest opatrzona tekstem w ojczystym języku. Poza tym ciągle pracuję nad swoim angielskim, gdyż nie zrezygnujemy z niego całkowicie. Wiele osób zarzucało mi kiepską wymowę na „Tales” i muszę się z nimi po części zgodzić, nie było najlepiej. Na swoją obronę dodam, że mój angielski w owym czasie nie był priorytetem – był odpowiedni na potrzeby tamtej chwili. Jestem jednak osobą ambitną, dlatego postawiłem na dopracowanie swojego akcentu. Myślę, że jest dużo lepiej, lecz nie zamierzam na tym poprzestać.

Widziałem komentarze, autorzy których zarzucali Ci słabą wymowę i mogę powiedzieć, że moje wrażenie było zupełnie inne, a jestem anglistą, więc myślę, że trochę się na tym znam. Jeśli porównać płytę Circle of Bards z twórczością wielu innych polskich artystów śpiewających po angielsku, naprawdę nie ma się czego wstydzić. Swoją drogą to ciekawe, że na YouTube jest tak wielu ekspertów od wymowy angielskiej.

To bardzo miłe, co powiedziałeś. Zdaję sobie sprawę z faktu, że moja wymowa na „Tales” może budzić pewne zastrzeżenia, gdyż z perspektywy czasu sam takie mam. Mimo wszystko otrzymałem mnóstwo pochlebnych opinii na temat tego albumu, w tym wiele dotyczących mojej angielszczyzny. Wiele osób z zagranicy było wręcz zachwyconych faktem, że mój śpiew jest zrozumiały. Natomiast w Polsce recenzje i komentarze nie szczędziły krytyki. Nie ukrywam, że zjawisko to jest nieco dziwne, ale wynika chyba z naszej polskiej natury. Muszę jednak przyznać, że takie głosy wpłynęły na mnie korzystnie mobilizując do pracy nad językiem. Zatem nie ma tego złego…

Skoro jesteśmy już przy reakcjach słuchaczy, trzeba wspomnieć, że Circle of Bards ma wielu fanów nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jak w tej chwili wygląda sytuacja, jeśli chodzi o kraje, z których pochodzą Wasi słuchacze? Które są w czołówce? Z tego, co wiem, Wasza muzyka była też grana w zagranicznych stacjach.

Faktycznie, Circle of Bards ma sporą rzeszę fanów za granicą. I jeśli ufać statystykom, to właśnie za granicą nasza płyta sprzedaje się najlepiej. Trudno mówić o jakiejś czołówce fanów. Otrzymujemy naprawdę wiele maili i komentarzy z różnych miejsc na świecie. Wymienię choćby Włochy, Niemcy, Irlandię, USA, Wielką Brytanię, Hiszpanię, Słowację czy Węgry, ale także Australię, Mołdawię, Brazylię czy ostatnio Norwegię. Naprawdę rozmaite, czasem egzotyczne kraje. Zawsze jest mi niezmiernie miło czytać listy od fanów i tym samym troszkę przykro, że w chwili obecnej nie mamy na tyle silnego promotora, żeby móc wyjść z naszą muzyką w świat. Jestem przekonany, że Circle of Bards wróciłoby z takich wojaży z tarczą – nasza muzyka spokojnie obroniłaby się, czego dowodem jest fakt, że zagraniczne stacje często nas grają.

Czy nowe utwory (stworzone już po wydaniu „Tales”), których można było już posłuchać na koncertach, również wejdą na płytę?

Zacznę może od tego, że bardzo bym pragnął, by ów album w końcu powstał. Wszystkie nowe kompozycje, które do tej pory trafiły do naszego repertuaru koncertowego, trafiłyby na płytę. Jak wspomniałem, w tym momencie mamy garść utworów zaaranżowanych pod nagranie, pracujemy nad pozostałymi – chwilowo w duecie. Przyznam się, że oblicze Circle of Bards ulega delikatnej zmianie. Nie mam na myśli faktu, iż obecnie występujemy w dwuosobowym składzie, lecz raczej nowinki, które pragniemy wprowadzić do muzyki Kręgu Bardów. Będzie to ślad muzycznego rozwoju grupy. Pojawi się więcej dźwięków spod znaku rockowej ballady. Obiecuję jednak, że nie zabraknie smoków, morskich opowieści i fantastycznych historii.

Kiedy rozmawialiśmy ostatni raz, czekaliśmy z niecierpliwością na ekranizację „Hobbita”. Teraz jesteśmy już po premierze dwóch części filmowej trylogii. Jakie były Twoje wrażenia po wyjściu z kina?

Jestem w pełni usatysfakcjonowany. Po raz kolejny Peter Jackson mnie oczarował i porwał do Śródziemia. Słyszałem różne komentarze na temat obu części „Hobbita”, niekiedy bardzo krytyczne. Tym, którzy się zawiedli polecam nabrać powietrza i chwilę potrzymać lub po prostu poprzestać na książce i nie iść do kina na kontynuację. Osobiście daję twórcom po raz kolejny oceny bardzo dobre. Pierwsza odsłona filmu zaostrzyła mój apetyt, ale druga pozostawiła już pewien niedosyt. Zrzucam to na karb bycia filmem „środkowym” – na obu częściach byłem w kinie po dwa razy – niech to posłuży jako mój ostateczny komentarz.

A co sądzisz o promujących poszczególne filmy utworach – pierwszym w wykonaniu Neila Finna i drugim śpiewanym przez Eda Sheerana?

Sam utwór i temat przewodni pojawiający się co chwilę w „Niezwykłej podróży” są niesamowite. Po usłyszeniu nie możesz przestać nucić. To jeden z najlepszych tematów obu filmów – „Władcy Pierścieni” i „Hobbita” oraz mój drugi ulubiony, zaraz po motywie przypisanym do Edoras. Muszę jednak przyznać, że wersja Neila Finna jakoś mnie nie przekonuje. Jeśli zaś chodzi o „I See Fire” – dla mnie to obłędny numer! Twórczość Eda Sheerana niespecjalnie trafia w mój gust muzyczny – jednak ten utwór jest niesamowity.

Dziękuję Ci serdecznie za rozmowę.

maj 2014

Ogromne dzięki dla Mariusza Migałki za to, że zechciał być moim pierwszym rozmówcą. Podziękowania także dla Edyty Migałki za możliwość wykorzystania zdjęć jej autorstwa. Kursywą oznaczyłem nawiązania do tytułów utworów Circle of Bards.

Circle of Bards:
Facebook https://pl-pl.facebook.com/circleofbards
YouTube http://www.youtube.com/circleofbards
Strona oficjalna http://www.circleofbards.pl/

Mr.Hyde
Facebook https://www.facebook.com/bloodyhyde
YouTube http://www.youtube.com/mrbloodyhyde
Strona oficjalna http://www.mrhyde.com.pl/

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s